Choroba czasem (nie)łaski

Jakiś czas temu ksiądz Jarek pisał o swoich doświadczeniach związanych z przechodzeniem zakażenia COVID-19 i tym, jak sobie radził w tym czasie i czego doświadczył od ludzi i w relacji z Bogiem. Zanim pojawił się jednak Jego artykuł poczułam w sercu natchnienie i pragnienie tego, aby podzielić się swoimi doświadczeniami przechodzenia przez ciężki czas choroby, a w ostatnich latach było tego bardzo dużo. 

Pierwsza rzecz, która nasuwa mi się w oparciu o moje doświadczenia to to, że bycie z Bogiem nie generuje wyłącznie sytuacji, że chorób w naszym życiu nie ma, ale jednocześnie bycie z Bogiem powoduje, że te sytuacje choroby przechodzi się inaczej…. Szczerze mówiąc, zanim weszłam do Wspólnoty, owszem miałam mnóstwo problemów zdrowotnych, ale jednak wewnętrzna siła, hart ducha i też pewnie młodość organizmu powodowały, że byłam w stanie funkcjonować w miarę normalnie i właściwie coś takiego jak „pójście na chorobowe” w moim słowniku codziennych pojęć właściwie nie istniało. Słyszałam „weź chorobowe” – moja odpowiedź „no coś ty, wezmę dwa dni urlopu, odpocznę i zaraz wracam do pracy”. I tak całe lata. Co było i jest zatem cenną lekcją dla mnie po wielu doświadczeniach z ratowaniem siebie i swojego zdrowia to to, że uczę się chorować, wcześniej tego nie potrafiłam, przecież było tyle rzeczy do zrobienia, tyle obowiązków, na słabość w moim życiu nie było miejsca. Silna jak Herkules, nieugięta, zbawicielka świata, beze mnie świat się przecież zawali… – tak wtedy wyglądało moje myślenie. Myślałam sobie „musisz być twarda, dzielna, dasz radę” – tylko pojawiło się w końcu pytanie „czy ja zawsze muszę być dzielna i dawać radę? Czy mogę pozwolić sobie na to, żeby nic nie robić, żeby zwyczajnie poleżeć, odpocząć, nie martwić się m.in. tym co w pracy? 

I co pokazał mi mój ukochany Tata, że tak. Że mogę mieć gorszy dzień, że mogę i mam prawo być słaba, niedołężna, zależna od innych, że w życiu są też dni spadku formy i nikt nie jest w stanie funkcjonować non stop na wysokich obrotach. Pisząc swoje słowa nie myślę tu o chorobach typu przeziębienie, kaszel, ból brzucha. Z tym bym sobie spokojnie poradziła. Mając na myśli chorowanie myślę o sytuacjach, których nigdy bym sobie nie wymyśliła, nie spodziewała się ich, nie przypuszczała, że mogę być tak bardzo chora. W ostatnich niecałych 4 latach doświadczyłam dwóch tak potężnych upadków zdrowotnych, gdzie nie byłam zwyczajnie chora, ale byłam tak chora, że przed oczami stawało mi całe moje życie. Czas ten dwukrotnie ciągnął się przez kilka miesięcy i powodował, że zwyczajnie pojawił się w moim sercu i umyśle lęk, o to co będzie, co dalej i czy w ogóle możliwe jest to, abym wróciła do zdrowia. Bardzo trudne dla mnie doświadczenia, a jednocześnie bardzo ubogacające. 

Kiedy poddawałam się głębokiej refleksji w tym czasie, zadając sobie pytania „dlaczego, i co teraz? Co dalej? Co z tego ma wyniknąć?, pierwsza myśl jaka mi się nasuwała w tym czasie, to taka, że gdyby w tym czasie nie było Boga w moim życiu, zwyczajnie nie przetrwałabym. Bóg wiedział, że takie doświadczenia na wcześniejszym etapie mojego życia, kiedy nie znałam Go tak jak teraz, kiedy nie ufałam Mu tak jak teraz, byłyby dla mnie wyzwaniem nie do pokonania. Żywy Bóg nie nadaremno pojawił się w moim sercu właśnie wtedy, kiedy się pojawił. On wiedział, że będę go potrzebować jak powietrza właśnie wtedy, gdy będę przechodzić przez trudne doświadczenia walki o własne zdrowie. I to co najważniejsze w tym wszystkim, do czego pewnie nie byłabym zdolna wcześniej, to to, że w moim sercu nie pojawiły się oskarżenia wobec Boga, że doświadcza mnie w tak bolesny sposób (może poza pojedynczymi najtrudniejszymi momentami słabości, i to bardziej za pierwszym razem niż ostatnio). Nie pytałam „Boże, dlaczego znowu  ja, dlaczego właśnie ja?… przecież jestem Twoją córką, przecież służę Ci…”. W nieustannej autorefleksji szukałam odpowiedzi na to, co Bóg chce mi przekazać w tym czasie, czego chce mnie nauczyć, jaką korzyść mam z tego wynieść dla siebie? To była ciągła wymiana myśli, zanurzanie się w obecności Bożej, oddawanie swojego cierpienia Jezusowi i modlitwa o uzdrowienie. Bo mimo wszystko, mimo braku perspektywy, wiedziałam jedno „Bóg chce bym była zdrowa, On chce mnie uzdrowić”. I to było źródłem ogromnej nadziei, której po ludzku zwyczajnie nie miałam. Dlaczego wierzyłam, że Bóg odnowi moje ciało? Bo widziałam oczami serca i duszy wszystkie Boże obietnice, które mi złożył, a wiedziałam, że aby się wypełniły moje ciało musi być zdrowe, a ja będę normalnie funkcjonować. W chwilach totalnej bezradności łapałam się tych obietnic jak ostatniej deski ratunku i wierzyłam w szczęśliwy finał tego co się wtedy działo. Wiedziałam, że muszę się uchwycić Boga, choćby wbrew moim ludzkim zmysłom, gdzie wszystko inne wydawało się totalnie bezradne i bezużyteczne w trudach wychodzenia z choroby.

Ciąg dalszy pojawi się już w  czwartek…

Dobre Wino
Katalina

Zachowawcza nadzieja

Według autorów książki „Granice w randkowaniu” zachowawcza nadzieja to „stan, w którym żywimy nadzieję na to, że sprawy jakoś się ułożą, i w ten sposób

Czytaj całość »