Cóż chcesz, abym ci uczynił?

1.01.2022r. – rozpoczął się kolejny nowy rok. Przyszło nowe, nieznane, jeszcze nie zabrudzone pierwszą porażką, nieokraszone cierpieniem, niewygodą życia czy czyjąś krzywdą wobec nas. A więc jeszcze pełne nadziei, ogromnych pragnień i marzeń, że teraz to już na pewno będzie inaczej, lepiej, radośniej. Bo jeszcze nic złego i trudnego się nie wydarzyło, co mogłoby spowodować, że zaczęlibyśmy się wycofywać z tego, co jest w naszym sercu, zniechęcać się do działania. Wielu z nas być może tego dnia usiadło z notesem, dziennikiem duchowym czy kalendarzem, aby zaplanować swoje życie, wyznaczyć swoje cele, zapisać swoje plany, swoje marzenia. Być może ktoś potrzebuje jeszcze czasu do namysłu i usiądzie do tego zadania później, któregoś dnia w tym pierwszym miesiącu roku. Bo kiedy rodzi się nowe, kiedy rodzi się nowe życie, pojawia się w nas ogromne pragnienie, wielka tęsknota, aby to swoje nowe życie, takie „świeże” i niczym jeszcze niezmącone, aby je zaplanować, wypełnić treściwymi rzeczami, ujrzeć jak realizują się nasze marzenia, którym miniony rok nie sprzyjał. Bo przecież każdy o czymś marzy, czegoś pragnie. Mamy to w darze od Boga. Ten, który tak bardzo zapragnął podzielić się miłością, że z tej miłości stworzył człowieka. Ten, który zapragnął go błogosławić i hojnie udzielać mu ze swej dobroci. To wreszcie Ten, który po grzechu pierworodnym postanowił posłać na świat Swego Syna, Jezusa Chrystusa, aby wyrwał nas z objęcia śmierci i odkupił nasze winy.

Tak, Bóg pragnie nieustannie nas wspierać, ubogacać, czynić nasze życie lepszym, szczęśliwszym i bogatym w Jego miłosierdzie. Tylko czy każdy z nas może powiedzieć, że miniony 2021 rok był dla niego łatwy, spokojny, wypełniony pasmem radości, miłości i nieustannej euforii? No właśnie czy możesz to o sobie powiedzieć, czy możesz potwierdzić, że to, co minęło, było dla ciebie dobre, zmieniło cię na lepsze, sprawiło że cieszyłeś się każdym dniem? 

Tylko o co tak naprawdę chodzi? 

Kiedy zaczyna się iść bądź idzie się już z Bogiem jakiś czas, często w sercu i umyśle rodzi się taka pokusa, aby żyć w przekonaniu, że teraz to już wszystko będzie dobrze, pięknie, że nasze życie będzie pasmem sukcesów, spełnienia, że będziemy zdrowi, nasza rodzina, znajomi, inni ludzie będą nas wyłącznie kochać i zawsze sprawiać przyjemność. O tak, to byłoby cudowne, taka pokusa towarzyszyła mnie samej wielokrotnie. A jednak okazuje się, że jest inaczej, ba im bliżej końca roku tym myślisz sobie, że tak się dłużej nie da, że tego już za wiele, że przecież nie tak powinno to wyglądać. 

„Czego pragniesz? – pyta Jezus. „Cóż chcesz abym ci uczynił w tym nowym roku? – pyta Twój Pan. Czy na pewno pragniesz tego samochodu, tych wakacji, tego luksusowego domu, tych pieniędzy, tych wszystkich znajomych, tych wrażeń, nieustannej adrenaliny? „Czy to są twoje prawdziwe pragnienia – chcesz abym je spełnił?”. Czy jesteś pewny, że to uczyni twoje życie lepszym, ciekawszym, bardziej wartościowym? Czy jeżeli będziesz zdrowy, twoje dzieci będą zawsze zdrowe to będziesz w pełni szczęśliwy? Czy jeżeli będziesz awansował w pracy, zostaniesz dyrektorem, to da ci to pełnię szczęścia? Czy jeżeli ludzie będą ci się kłaniać na ulicy, bo będziesz miał pieniądze to da ci szczęście? Czy jeżeli spowoduję, że w twoim życiu nic złego się nie wydarzy, to tak będzie dobrze? 

Jakie są nasze prawdziwe pragnienia? Czy zdarzyło nam się tak świadomie zmierzyć się z prawdą swojego serca i zobaczyć co jest naszym prawdziwym pragnieniem, skrytym na jego dnie?  

O tym, jak bardzo możemy się mylić w naszych dążeniach, planach i potrzebach opowiada fragment Ewangelii J5,1-8: 

Potem nastąpiło święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy. W Jerozolimie zaś znajduje się sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych, którzy czekali na poruszenie się wody. Anioł bowiem zstępował w stosownym czasie i poruszał wodę. A kto pierwszy wchodził po poruszeniu się wody, doznawał uzdrowienia niezależnie od tego, na jaką cierpiał chorobę. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: «Czy chcesz stać się zdrowym?» Odpowiedział Mu chory: «Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny wchodzi przede mną». Rzekł do niego Jezus: «Wstań, weź swoje łoże i chodź!» Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził.

Człowiek, który choruje od 38 lat, którego domem jest jego łoże, na którym leży i czeka przy sadzawce Betesda na cud dla siebie. Czeka aż poruszy się woda, a wtedy on będzie mógł do niej wejść i doświadczyć uzdrowienia. I pewnego dnia pojawia się Jezus. Wybiera go z tłumu chorych, podchodzi do niego i pyta go „czy ty chcesz być zdrowy?”. Jezus pyta go o jego prawdziwe pragnienie, pyta go czy jego pragnieniem jest być zdrowym fizycznie. Aż chce się krzyknąć „Panie Jezu, a jak myślisz, przecież widzisz jak cierpię, jak leżę tu bez ruchu tyle lat i wiesz dobrze, że pragnę żyć inaczej!”. A Jezus pyta „czy na pewno?”. A wtedy ów człowiek odpowiada Jezusowi „NIE MAM NIKOGO”… „nie mam nikogo kto by mnie wprowadził do sadzawki”. Bóg zadaje mu, wydaje się, oczywiste pytanie, a on daje nieoczywistą odpowiedź. Jednak w prawdziwym spotkaniu z Jezusem nie da się oszukać siebie, nie da się ukryć prawdy o sobie, nie da się powiedzieć, że białe jest czarne, kiedy nie jest, bo Jezus widzi nasze serce na wylot, On je zna, On zna nasze pragnienia. Ten człowiek tak w głębi serca owszem pragnął zdrowia, jednak najbardziej pragnął… bliskości, miłości, chciał mieć kogoś koło siebie, człowieka, który by go dotykał, troszczył się o niego, opiekował się nim. 

Czy ty jesteś może tym człowiekiem z powyższej Ewangelii? 

Bóg w swej miłości do mnie pokazał mi już dawno, że ja tak, że jestem tym człowiekiem leżącym nad tą sadzawką i wołającym do Boga „uzdrów mnie”. Bóg pokazał mi już w pewnej części moje prawdziwe pragnienia, pokazał mi, co leży na dnie mojego serca. Pokazał mi też, że aby coś wydarzyło się w moim życiu, wcale nie musi się wydarzyć wcześniej to, co mi się wydaje, że powinno. Wiele długich lat nie przyjmowałam „uparcie, choć nie celowo” Bożej łaski, oczekując, że Bóg najpierw zrobi coś innego albo poprowadzi coś inaczej, abym ja mogła wejść w pełnię tej łaski. Jednak Bóg zawsze działa po swojemu, gdyż „Jego myśli nie są naszymi myślami, a Jego drogi nie są naszymi drogami(Iz 55,8). Jednak w tym wszystkim trzeba pamiętać o tym, że Bóg działa w sposób dla nas najlepszy, najkorzystniejszy, najbardziej budujący. A u podstaw skutecznej realizacji Jego planu wobec nas leży nasze zaufanie do Niego.  

… A zatem jak to bywa z planowaniem roku i corocznych postanowień, one często nie wychodzą. Po wielu minionych perturbacjach zdrowotnych w ostatnich latach obiecałam sobie, że w tym zakończonym już roku to już na pewno będę zdrowa i nie dam się żadnej chorobie i będę chodzić systematycznie do pracy. A jednak, człowiek planuje, a… I tak gdy już się wydawało, że zwycięstwo osiągnięte przyszedł grudzień i bęc… trzy tygodnie w domu, w tym niespodziewana i przyjęta z lekkim niedowierzaniem izolacja covidowa, notabene kończąca się w same święta Bożego Narodzenia. Powiedziałam Bogu, że skoro pozwolił na taki przebieg zdarzeń (samotne święta), to wierzę, że ma w tym wszystkim jakiś swój plan i błogosławieństwo dla mnie, bo On przecież z każdego zła wyprowadza jeszcze więcej dobra. Te trzy tygodnie były dla mnie swoistym miejscem pustyni. Nie było lepienia jak co roku pierogów z kapustą, nie było gotowania (uff, może i dobrze), nie było rozmów przy stole, nie było czasu z rodziną. Tak, te święta przeżyłam całkowicie sama, podobnie sylwestra. Jednak to, co Bóg przez te trzy tygodnie uczynił dla mojego serca i dla mojego ducha nie równa się z niczym. Gdyby nie izolacja, gdyby nie wynikający z niej brak pośpiechu, konieczność robienia zakupów, sprzątania, gotowania i siedzenia z bolącym brzuchem przy świątecznym stole być może w te święta nie spotkałabym się tak prawdziwie z Bogiem, być może nie byłabym w stanie być z nim nieustannie tak jak w chorobie. Izolacja, choroba, samotność wyzwoliły we mnie z czasem mijania objawów ogromną chęć nadrobienia zaległości w czytaniu książek, które czekały na mnie… aż trudno uwierzyć, kilka lat. To jak Duch Święty mnie prowadził w wyborze lektur z licznie wypełnionej półki czytelniczej było dla mnie niesamowitym doświadczeniem działania Boga. Każda kolejna książka, którą brałam zupełnie, wydawało mi się, nieświadomie do ręki była dla mnie takim doświadczeniem działania Boga, że czułam Jego żywą obecność w tym czasie. Bóg poprzez swoje słowo napełnił mnie w wigilię, a potem przy kolejnej lekturze w Boże Narodzenie takim doświadczeniem miłości, że wiem i pamiętam, że nie doświadczyłam chyba nigdy takiego stanu serca będąc z innymi ludźmi podczas świąt. Ten czas był dla mnie dowodem na to, że cokolwiek dzieje się w naszym życiu, to Bóg jest przy nas i On nad nami czuwa. A przede wszystkim to, co Bóg chciał mi powiedzieć i mówi już od dawna, to żebym pragnęła najbardziej Jego samego. On mówi mi, że On zna moje pragnienia i wie czego mi trzeba, ale powtarza mi nieustannie, że najważniejszym pragnieniem mojego serca ma być On sam, bo tylko On jest gwarantem wszystkiego w moim życiu, bo tylko On może poukładać moje życie tak, aby było ono dla mnie właśnie takie radosne, szczęśliwe, spełnione – takie o jakim marzymy, gdy budzimy się 1 stycznia po nocy sylwestrowej. I chyba to jest sedno wszystkiego. Bez względu na to, co sobie postanowimy w naszych noworocznych planach i celach, pamiętajmy, że bez Niego nic nie możemy, „albowiem to Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania” (Flp2,13). Że jeżeli fundamentem naszych pragnień nie będzie sam Bóg, to możemy budować, ale będzie to budowanie na piasku, a nie na skale.

Gdyż jak mówi Słowo: „Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki” (Mt 7, 24-27). 

Więc może w tym jednym ze styczniowych dni, kiedy siądziemy do naszego planera i zaczniemy wypisać swoje postanowienia i cele, napiszmy dużymi drukowanymi literami pierwsze zdanie – pierwsze postanowienie, pierwsze pragnienie naszego życia:  „PRAGNĘ, ABY W TYM ROKU BÓG BYŁ NA PIERWSZYM MIEJSCU W MOIM ŻYCIU”. A wtedy, idąc za słowem Bożym pozostaje nam wierzyć, że cokolwiek się wydarzy w naszym życiu będzie to dla nas dobre, właściwe i konieczne do naszego wzrostu. Bo jak mawiał św. Augustyn „Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na właściwym miejscu”. A poza tym jak mówi Słowo: Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6,33). Chcę wierzyć, że kiedy Jezus będzie w moim sercu na tronie, to wtedy każde moje pragnienie będzie właściwe i mogę Mu zaufać, że On je spełni, bo Bóg kocha nas szalenie i chce, aby to co nosimy w sercu realizowało się w naszym życiu, bo te dobre pragnienia to są pragnienia, które On sam wkłada do naszego serca.

 A zatem powiedz dziś Bogu czego pragniesz, co chcesz, aby ci uczynił…… 

Dobre Wino
Marta

Obfitować w pociechę

Dz 9, 31„Kościół cieszył się pokojem w całej Judei, Galilei i Samarii. Rozwijał się i żył bogobojnie, i obfitował w pociechę Ducha Świętego.” Czasem w życiu

Czytaj całość »