Odrzucić popioły

„… aby im wieniec dać zamiast popiołu,
olejek radości zamiast szaty smutku,
pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu” Iz 61,3b

W Kościele trwa okres Wielkiego Postu. W rozpoczynającą go Środę Popielcową kapłan posypywał nasze głowy popiołem wypowiadając nad nami formułę „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Dziś jednak o nieco innym popiele, nie tym, którym posypujemy głowy na znak naszej pokuty, ale o tym, z którym wielokrotnie przychodzi nam się zmagać w swoim codziennym życiu i brnąć w nim bezładnie nie dając sobie szansy na pełnię radości i życia w pokoju. 

Pan Jezus mówi do mnie, a pewnie też do każdego z nas nieustannie: „odrzuć te wszystkie popioły, w których tkwisz, abyś mógł dostrzec piękno, które Ja ci chcę dać i wydobyć z tych popiołów. Odrzuć je i otwórz się na nowe życie. Odrzuć to co stare, aby móc dostrzec nowe”. 

W życiu każdego z nas może być wiele różnego rodzaju popiołu: nieprzebaczenie, zgorzknienie, rozczarowanie, uprzedzenia, zranienia, gniew, żal, użalanie się nad sobą, poczucie straty choćby z powodu czasu, którego nie wykorzystaliśmy właściwie. 

I teraz po naszej stronie jest decyzja, czy spróbujemy się z tego wyzwolić czy będziemy tkwić w tym, co nas przytłacza, a staje się czasami wymówką do tego, aby nie pracować nad sobą, nad zmianą swojej postawy i podejściem do życia. 

Tylko czy to się opłaca? 

Moje osobiste doświadczenia pokazały mi, że tak. Że warto oddawać Bogu to co trudne. Wiem, co się dzieje, kiedy nie pozwalam w swoim sercu odnawiać się ranom wywołanym trudnymi przeżyciami i wiem, co się dzieje we mnie, kiedy pozwalam na to, aby trudne emocje przejęły kontrolę nad moją codziennością. 

W tym pierwszym przypadku mam poczucie wolności i świadomość życia „tu i teraz”, bycia w pełni obecną w teraźniejszości. W tej drugiej sytuacji czuję się splątana, niespełniona i nieobecna tu i teraz, zawieszona całkowicie w przeszłości, przez co po czasie doświadczam rozczarowania niewykorzystanymi okazjami i szansami, które życie dawało mi w tym czasie, kiedy ja rozdrapywałam ranę po tym, co już jest historią i czego zmienić się nie da. Czy robię to świadomie? Absolutnie nie. To jest nieustanna walka i droga z Panem, w której oddaję Mu siebie i wołam do Niego o pomoc, aby On leczył moje serce i napełniał je pokojem. Bo tu nie chodzi o to, że te rany nie będą się odzywać w newralgicznych sytuacjach, ale o to, czy chcemy świadomie oddawać je Bogu, aby On wchodził w te trudne rzeczy z nami i zabliźniał na nowo to, co się otwiera. 

Chodząc z Bogiem możemy się też uczyć wielu sposobów radzenia sobie z tym, co nas więzi. To, co mi daje pewne uwolnienie i spokój, to uwielbianie Boga w trudnych sytuacjach i błogosławienie Go w innych ludziach i w przeżyciach, które są dokuczliwe. Robię to wszędzie, w pracy, we wspólnocie, w sklepie, na drodze, kiedy jakiś kierowca zajeżdża mi drogę. W pierwszym odruchu mam ochotę krzyknąć w gniewie jakieś słowo w jego stronę, ale po chwili reflektuję się i ogłaszam Boże błogosławieństwo nad nim. I to pozwala odejść trudnym emocjom, a kiedy wracają zaczynam znowu błogosławić. 

Każdy z nas ma pewnie różne sposoby radzenia sobie z tym, co przygniata i nie pozwala żyć pełnią. Każdy z nas ma też większą bądź mniejszą zdolność odrzucania od siebie nagromadzonego popiołu. Wiele zależy od tego, jak funkcjonowaliśmy w dzieciństwie i z jakim mechanizmem działania jako osoba wchodzimy w dorosłe życie. Ale też wiele zależy od naszej osobowości, temperamentu, czy jesteśmy nakierowani na przeżywanie do wewnątrz (co czasami powoduje, że trudne emocje są w nas na dłużej) czy raczej potrafimy wyrzucić z siebie od razu to, co trudne i w jednej chwili zapomnieć o tym, co się wydarzyło i iść dalej. Inaczej zareaguje impulsywny choleryk, a inaczej spokojny melancholik czy osoba wysoko wrażliwa, która ma skłonność do nieustannego analizowania i rozpatrywania „za i przeciw” każdej sytuacji. 

Myślę, że najważniejsze jest to, czy mamy w sobie wolę do tego, aby nie poddawać się tym wszystkim trudnym emocjom i stanom i zanurzać je w Bożej miłości. 

Ja każdego dnia decyduję na nowo, że chcę budować swoje życie na Jezusie i dlatego każdego dnia staję razem z Nim do walki o swój pokój i szczęście. To On mnie uczy tego, że warto i trzeba Mu oddawać to co trudne, choć czasami jest to bardzo trudne, bo każe mi stanąć twarzą w twarz wobec własnej słabości, popełnionych błędów, za które nie chcę wziąć odpowiedzialności, albo boję się do nich przyznać, ale też uznania faktów, do których moje błędy i tkwienie w trudnych emocjach doprowadziły i pogodzenie się z nimi.

Te błędy, te nieustanne podnoszenie się z upadków, skutki tkwienia w różnych niesprzyjających emocjach stają się dla mnie osobiście prawdziwą lekcją, z której Bóg uczy mnie wyciągać wnioski i daje szansę na to, że po raz kolejny ich nie popełnię, nie dam sobie ukraść Jego pokoju i radości, które daje obecność Boga w moim sercu, kiedy jej prawdziwie przyzywam. Nie były to jednak i nie są to łatwe lekcje. Z perspektywy czasu chciałabym ich uniknąć, nie dopuścić do nich, działać w oparciu o wiedzę, którą nabywam po ich zakończeniu. Jednak tak się nie da. Nic tak nie uczy jak własny błąd, upadek. I choć te błędy wiele kosztują – czasu, emocji, pogodzenia się z faktami, z prawdą, jaką poznajemy o sobie, wobec jakiej stajemy, to wydaje się, że one muszą nastąpić, abyśmy mogli się rozwinąć i zdobyć mądrość na przyszłość, by w podobnej sytuacji wiedzieć, że nie warto zamykać się i okopywać w naszych popiołach odbierających nam szansę życia w wolności i prawdzie. Cena jest zbyt wysoka. Jest nią nasz czas, który tracimy bezpowrotnie, nasze powodzenie, spełnione marzenia, pragnienia, dobre relacje z ludźmi, wewnętrzny pokój, ale też zdrowie fizyczne i psychiczne, bo tkwienie, choćby nieświadome, w żalach czy pretensjach potrafi się mocno odbić na naszej kondycji, a my szukamy ratunku w medycynie, zamiast przyjrzeć się swemu wnętrzu, które choruje, a gdy choruje dusza choruje też ciało. 

Bóg pragnie każdego dnia wyzwalać nas z tego, co trudne i On jedynie może nam naprawdę pomóc wyjść z każdej formy zniewolenia trudnymi emocjami. Bóg jest specjalistą od tego co niemożliwe i On potrafi doskonale poradzić sobie ze śmietnikiem naszego życia, obiecując nam, że kiedy oddamy Mu to wszystko, to możemy się spodziewać dobra w naszym życiu, piękna, które On wydobędzie z tego, co było brudne i przytłaczające. Co więcej On obiecuje, że oddanie Mu każdej rany, każdej trudnej sytuacji, każdej trudnej emocji wyzwala nas nie tylko do życia w wolności, ale też do przyjmowania Jego błogosławieństwa, które może i wynagradza nam po wielokroć wszystko, co dane nam było doświadczyć w przeszłości. 

Wierzę, że choć po ludzku to często trudne, to warto uchwycić się Bożej ręki i poddawać Mu wszystkie sytuacje życia, zranienia, boleści, trudności, bo wtedy Bóg ma wolność w czynieniu naszego życia takim, jakiego On dla nas pragnie, czynienia nas takimi, jakimi On chce nas widzieć. Bóg złożył mi kiedyś taką obietnicę, posługując się słowem z Iz 62, 2b-4a: 

 „I nazwą cię nowym imieniem,
które usta Pana określą.
Będziesz prześliczną koroną w rękach Pana,
królewskim diademem w dłoni twego Boga.
Nie będą więcej mówić o tobie „Porzucona”,
o krainie twej już nie powiedzą „Spustoszona”.
Raczej cię nazwą „Moje w niej upodobanie”,
a krainę twoją „Poślubiona”.”

Wierzę, że te słowa Bóg kieruje do każdego z nas, że Jego obietnica życia w wolności i błogosławieństwie jest dla wszystkich. I wierzę w to, że warto pójść za tym, że warto powalczyć o wolność swojego serca, że warto zaufać Bożemu Słowu, że On chce zawiesić na naszej szyi bogaty wisior, a na głowie umieścić piękny diadem w miejsce popiołów, które niszczą nasz prawdziwy obraz człowieka, nasz obraz dziecka Bożego, które powołane jest do życia w miłości i wolności od wszelkiego niszczącego jarzma. Dlatego, choć często po ludzku nie mam już siły, to na nowo staję z orężem Bożego słowa do walki i na nowo szukam ratunku w Bogu, bo bez Niego odrzucanie tego jarzma jest po prostu zbyt karkołomne. 

Myślę, że ten czas Wielkiego Postu jest takim dobrym momentem zatrzymania się nad swoim życiem, przyjrzenia się sobie i temu, co być może jest w nim trudne i wymaga Bożej interwencji. Osobiście pragnę, aby przeżyć ten okres świadomie i wydobyć się z resztek popiołów, które brudzą moją twarz i doświadczyć wolności od tego, co nie pozwala iść dalej i opóźnia Bożą łaskę i błogosławieństwo w moim życiu.

Panie Jezu pragnę abyś mi pomógł zaakceptować 

doświadczenia straty spowodowanej nagromadzonym popiołem

 i uznania jej jako przyczynku do tego co nowe, 

do wejścia w nowy początek w moim życiu. 

Chcę abyś mi towarzyszył w tej drodze,

 karmił mnie Swoim słowem i nawracał moje serce,

 abym mogła razem z Tobą w poranek wielkanocny narodzić się jako nowy człowiek 

i doświadczyć cudu zmartwychwstania do nowego życia razem z Tobą.

Amen

Dobre Wino
Bogdan

Jakiś mnich?

Przypadkowo trafiłem dziś do kościoła św. Marka w Kelsterbach koło Frankfurtu. Podczas mszy świętej odczytano tylko pierwsze czytanie i Ewangelię bez psalmu, który też pominięto.

Czytaj całość »
Dobre Wino
Marta

Tęsknota

„Anioł poprowadził mnie ku bramie, która skierowana jest na wschód. I oto chwała Boga Izraela przyszła od wschodu, a głos Jego był jak szum wielu

Czytaj całość »
Dobre Wino
Iwona

Poszukiwanie mądrości

„Mistrzu, trudziliśmy się przez całą noc i nic nie złowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci.” (Łk 5,5) Szymon Piotr znał dobrze swój fach. Wiedział,

Czytaj całość »