Maria z Magdali

Dobrze jest mieć godny wzór do naśladowania. Lubimy to, prawda? Jeśli jeszcze jest to wzór przez duże „W”, to towarzyszy temu nawet zachwyt czy westchnięcie. Ech… też bym tak chciała/tak chciał. 

Gdy byłam dzieckiem, rodzice zawsze stawiali mi za wzór jakąś koleżankę. Mówili „popatrz, jaka grzeczna” albo „zobacz, jak sobie radzi”. Myślę, że nie byłam w tym odosobniona. Prawdopodobnie większość z nas ma takie wspomnienia. Później może wielu praktykowało to samo w wychowaniu swoich dzieci (niestety nie udało mi się uchronić od tej pomyłki). Wielu rodziców jeszcze dziś stosuje tę metodę, z różnym zresztą skutkiem. Przyglądam się z ciekawością wychowaniu nowych pokoleń (choćby swoich wnuków, czy dzieci znajomych ze wspólnoty) i obserwuję dużą zmianę. Są rodzice, którzy nie uczą swoich pociech porównywania się z innymi, ale tłumaczą błędy, pomagając dziecku znaleźć ich przyczyny i odkryć w sobie ukryty potencjał, swoją niepowtarzalną tożsamość. 

Czyżby więc wzorce się zdewaluowały? Nie były już potrzebne? Szkodziły? Niech Czytelnik nie wyciąga zbyt pochopnych wniosków. Wszyscy bowiem potrzebujemy wzorców godnych naśladowania, ale jeszcze bardziej potrzebujemy świadków i ich świadectwa. Zapytasz, Czytelniku: „a czy jest jakaś różnica?” Uważam, że tak. Kiedy sama szukam wzoru (świadka i jego świadectwa) godnego naśladowania, to znaczy, że chcę się uczyć, zmieniać, pracować nad sobą i swoim życiem, a gdy ktoś każe mi brać przykład, to czuję że mnie już ocenił, porównał i nawet nie wie, czy mam chęć, siły i możliwości do tego, by stawać się taką jak proponowany „wzorzec”. A świadek i jego świadectwo? Tu jest zupełnie inaczej. Ten przykład ma siłę pociągania i zachęty, bo ukazuje mi, że w życiu takiego świadka nie wszystko zawsze było super. Jego świadectwo odsłania różne etapy w jego życiu. I to, co wcześniej niezbyt było piękne, i to, co zmieniło się i jest teraz pociągające. Mnie najbardziej pociąga ten moment zmiany, a właściwie jego przyczyna. „Ktoś” lub „ jakieś wydarzenie” są momentem zwrotnym, przyczyną przemiany. To mnie intryguje, zachęca do przyjrzenia się takiej osobie i jej życiu. Już nie muszę się porównywać, ale mogę pomyśleć, co mogłabym z tej historii zaczerpnąć. Przecież i w moim życiu nie zawsze było różowo i dalej nie mogę powiedzieć, że wszystko mi idzie jak z przysłowiowego płatka. Nasuwa się pytanie: „czy gdybym spotkała Kogoś” lub wydarzyło się to „Coś”, to jak wyglądałoby moje życie? Czy owo „to” miałoby wpływ na nie? Czy tego chcę? Takie refleksje mnie nachodzą i bardzo bym chciała również Ciebie do nich zachęcić. 

Piszę o biblijnych kobietach nie po to, by sobie czy też Czytelnikowi stawiać je za wzór. Szukam ich świadectwa. Staram się uruchomić cały szereg pytań, refleksji i zachęcać do zastanowienia się, dlaczego Bóg nam o nich mówi? Albo: co mogę z ich historii wziąć do siebie? Pewnie każdy może sobie z ich życia wziąć inną lekcję, taką której akurat potrzebuje. Wiele nas z nimi łączy, bo przecież przeżywały podobne uczucia, doświadczały wielu trudów, niebezpieczeństw i, podobnie jak i my, były wystawiane na działanie wielu pokus i grzechu. Nie były chodzącymi ideałami. Dzieli nas tylko przestrzeń i odległość czasu. Reszta, choć jest w różnych odmianach i kolorach, jest podobna. 

Niedawno ukazał się artykuł Ireny, w którym pisała o tej samej kobiecie. Spojrzała na nią swoimi oczami i wydobyła piękno misji. Ja chcę pokazać to, co mnie w niej porusza i choć piszemy o tej samej osobie, to nasze spojrzenia są inne. Myślę, że to forma bogactwa, móc podzielić się różnymi spostrzeżeniami dotyczącymi tej samej postaci.

W mieście Magdala żyła Maria. Nazywano ją Marią Magdaleną(1), choć jej drugie imię jest od miejsca jej pochodzenia, miasta leżącego w Galilei, najdalej wysuniętym regionie Izraela. Magdala była bogatym ośrodkiem handlowym w pobliżu jeziora Tyberiadzkiego, który był znany z farbiarstwa i rybołówstwa. Jego nazwa oznaczała po aramejsku wieżę, twierdzę, czyli kojarzyła się z siłą. Kiedy myślisz o Marii Magdalenie, z czym ją kojarzysz? Czy z tym, że Jezus uwolnił ją od siedmiu demonów, czy z tym, że była pierwszym świadkiem zmartwychwstania Jezusa? Co dla Ciebie Czytelniku jest bardziej istotne w jej historii? 

Zastanawiałam się, skąd się wzięły duchowe problemy tej kobiety? Bogaty ośrodek handlowy, jakim była wtedy Magdala, miał do zaoferowania widocznie wiele niezbyt „zdrowych” propozycji. Kiedy czytamy Listy św. Pawła, dowiadujemy się o obyczajach panujących w portowych, bogatych miastach. Pieniądze, które nie są podporządkowane prawu Bożemu, doprowadzają człowieka do nieuczciwości, psują moralność, a w efekcie mogą pozostawić „niechcianych lokatorów” w postaci zniewolenia duchowego czy, jak w przypadku Marii z Magdali, nawet opętania demonicznego. Co jeszcze możemy o niej wyczytać między wierszami? Ta kobieta nie miała nikogo bliskiego, skoro do jej imienia dodawano nie imię ojca, brata czy syna, tylko nazwę miasta, z którego pochodziła. Może trudne doświadczenia życiowe sprawiły, że nie wiodła zbyt porządnego i prawego życia? Może szukała siły, skuszona wizją miasta? Możemy tylko wysnuwać wnioski ze skromnych danych. Na pewno jednak śmiało możemy powiedzieć, że Maria z Magdali miała wiele szczęścia. Zapytasz dlaczego? Jak to? Nie wiesz? Została uwolniona przez Jezusa od siedmiu złych duchów! Jej spotkanie z Jezusem nie jest opisane w Ewangeliach. Nie wiemy, kiedy i w jakich okolicznościach się spotkali. Jednak wszyscy czterej ewangeliści opisują ten sam fakt uwolnienia Marii z Magdali od siedmiu demonów (ta liczba w Piśmie św. jest symboliczna i oznacza pełnię). Czy miało to dla niej znaczenie? Może dla Ciebie, Czytelniku, zabrzmi głupio to pytanie, bo nigdy nie doświadczyłeś demonicznego dręczenia. I bardzo dobrze, niech tak Ci pozostanie. Demon to nie dobry kompan, choć nierzadko za takiego się przedstawia. Ludzie, którzy dostali się pod jego wpływ, często mówią o „interesujących” początkach. Czasem towarzyszy im „zwykła” ciekawość, chęć spróbowania nowej intratnej i super wyjątkowej propozycji, za którą skrywa się zniewolenie albo jeszcze gorzej, opętanie. Pomalutku może przemienić życie człowieka w prawdziwe piekło bo przecież stamtąd jest „eksport” owej intratnej propozycji. 

Dla Marii z Magdali kluczowym jest spotkanie z Jezusem, który ma moc uwalniania spod władzy demonów. Jak pięknym musiało stać się życie Marii z Magdali, skoro już na zawsze postanowiła nie opuszczać Jezusa. To obraz prawdziwego nawrócenia – przylgnąć na zawsze do Zbawiciela. We wszystkich Ewangeliach są krótkie opisy świadczące, że za Jezusem wędrowały kobiety, które On uwolnił od demonów i ich chorób. Oprócz naszej dzisiejszej bohaterki odnajdujemy również Joannę, żonę Chuzy, Herodowego zarządcy, Zuzannę oraz wiele innych, nie wymienionych z imienia. Co sprawiło, że chciały wszędzie towarzyszyć Jezusowi, usługiwać Mu, udzielać ze swego majątku? Czy tylko zwykła wdzięczność? Jak myślisz Czytelniku? Czy zwykła wdzięczność mogłaby zaprowadzić w tym towarzyszeniu aż pod krzyż? Przecież tu już nie było ani sympatycznie ani bezpiecznie. W tym momencie nie dobrze było przyznawać się do przyjaźni z Jezusem. Wiemy, że Jego uczniowie nie podołali temu wyzwaniu. Oprócz Jana nie było tam nikogo z uczniów, tylko Matka i owe kobiety, a między nimi Maria z Magdali. 

Jeśli więc nie wdzięczność, to co? Przecież nie mogły liczyć, tak zwyczajnie po ludzku, na profity płynące z tej niezwykłej znajomości. Tak może zrobić tylko ktoś, kto kocha i widzi głęboki sens w głoszonej przez Nauczyciela nauce. Maria z Magdali, która doświadczyła uwolnienia i ogromnej ulgi, zdecydowała się żyć inaczej. Nie została rozliczona, nie wytknięto jej palcem grzechów, win. W Jezusie spotkała bezinteresowną Miłość pełną współczucia, Bożej pomocy i mocy. Takiego traktowania chyba wcześniej nie znała. Teraz już nie portowe życie, pełne uciech, było pociągające, ale Ten który jej nie odrzucił, nie ocenił, tylko przyszedł z bezinteresowną pomocą. W Jego nauce zobaczyła sens i moc. 

Każda z tych towarzyszących Mu kobiet doświadczyła wyjątkowej Miłości i dlatego podjęła ryzyko pójścia za Nim. One nie spodziewały się zaszczytów ani miejsc „po Jego prawej i lewej stronie”. Dostrzegły nowy sens przemienionego życia. Napisane jest w Ewangeliach, że Maria z Magdali poszła jeszcze przed świtem (czyli po ciemku) do ogrodu gdzie w grobie był złożony Jezus. 

W tym miejscu zapytam Cię, Czytelniku, czy kiedykolwiek spotkałeś Jezusa? Powiesz, że 2000 lat temu umarł? Odpowiem, że Zmartwychwstał i żyje! Spotkałam Go. Nie w ogrodzie, jak Maria z Magdali, ale w swoim życiu, w swoim sercu, wtedy gdy byłam bardzo w potrzebie i głośno do Niego wołałam. Kiedy poznałam Jezusa, nie wyobrażałam sobie, że wezmę to, co daje i pójdę swoją drogą. Zobaczyłam, podobnie jak owe kobiety, nowy sens życia, pełnego Bożej obecności i miłości, która daje nową perspektywę wszystkiemu. Maria z Magdali tęskniła za Nauczycielem, za Przyjacielem. Nie spodziewała się, że On zmartwychwstanie. Jej serce rozpoznało Jego głos, kiedy zawołał ją po imieniu. To więcej niż dotyk, zapach i obraz. W tej porze wczesnego świtu Jezus wybrał zawołanie jej po imieniu. Wiedział, że ona tak Go rozpozna. 

Czy chciałbyś też, Czytelniku, tego doświadczyć? Zastanawiasz się, czy rozpoznasz Jego głos? Spróbuj. Czy coś stoi na przeszkodzie, byś dziś razem ze mną poszukał Jezusa? Tak jak Maria z Magdali, choć my nie musimy iść do Ogrodu Oliwnego. W ciszy i skupieniu możemy stanąć i w modlitwie poszukać Go. Jak? Po prostu zrób znak krzyża na swoim ciele, przeżegnaj się i zawołaj Go. I oczekuj. A jeśli serce masz zagracone różnymi „ważnymi i potrzebnymi” sprawami, to wołaj Go i proś, by sam zrobił tam miejsce Waszego spotkania. A potem oczekuj w ciszy, aż usłyszysz, jak woła Cię po imieniu. To może być dalszy ciąg przyjaźni albo całkiem nowy początek.

Nie denerwuj się, że nie słyszysz. Jezus sam wybierze czas i miejsce. Oczekuj Go, wołając:

Jezusie, moje życie nie jest już tak szczęśliwe. Może nigdy takie nie było. Nie jest też tak piękne i bezpieczne, jakbym chciał/chciała. Wiele się w nim wydarzyło i za niektóre rzeczy, sytuacje jest mi dziś wstyd. Chciałbym/chciałabym jak Maria z Magdali, spotkać Ciebie i doświadczyć Twej bezinteresownej miłości pełnej mocy. W moim życiu jest grzech, choroba, samotność. Nie mam się na kim wesprzeć. Chciałbym/chciałaby, żebyś przyszedł i dotknął mnie. Uwolnij mnie od chorób, samotności i działań nieprzyjaciela. Chcę Cię poznać, Jezu, i chcę Twej przyjaźni. Daj mi siebie, daj mi swoją miłość, bym już nigdy nie była/był samotnym. Zawołaj mnie po imieniu, tak bym rozpoznał/rozpoznała Ciebie i napełnij mnie siłą i odwagą na pójście za Tobą. Amen.

Jeśli tak się pomodliłeś, Czytelniku, to wiedz, że Jezus Cię usłyszał i nie jest Mu to obojętne. Przyjdzie, dotknie, napełni miłością. Oczekuj i ufaj. 

  1. Lub Marią z Magdali. Mówią o tym przypisy w Łk 7,37 Pismo Św ST i NT wyd. V Pallottinum; Biblia Pierwszego Kościoła VOCATIO oraz Komentarz Żydowski do NT wyd. VOCATIO