Niedoceniane Wcielenie

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa nazywana jest popularnie „Bożym Ciałem”. Na tę potoczną nazwę zżymają się trochę liturgiści, ale myślę, że niesłusznie. 

Po pierwsze dlatego, że funkcjonowała już pod tą nazwą np. we Francji, a w Niemczech jako „Święto Krwi”. W Polsce takie święto zostało wprowadzone przez biskupa Nankera na synodzie w Krakowie w 1320r. i było nazywane Świętem Najświętszego Ciała Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Ta potoczna nazwa – Boże Ciało – zawiera ponadto mocny rys nawiązujący do Wcielenia, czyli przyjęcia ludzkiego ciała przez Syna Bożego. Dziś wciela się przecież Chrystus wykorzystując kawałek chleba. Można Go minąć i nie zauważyć, podobnie jak bywało gdy nauczał w Izraelu, a można także docenić i podkreślić jak istotnym jest taka Jego forma obecności. 

Jak wyglądałby świat bez Chrystusa? Gdyby nie przyszedł, nie głosił nauczań o Królestwie, gdyby nie objawił ojcowskiego miłosierdzia, gdyby nie zgromadził apostołów i nie wysłał ich na cały świat? W co byśmy wierzyli, w jaki sposób zachowywali, jaką budowali kulturę? Jeśli nie zobaczymy owego osobistego elementu Chrystusa przychodzącego na Eucharystii, stanie się ona pustym obrzędem i pozbawionym mocy elementem religijnego folkloru. Będą na nią przybywać ludzie bardziej z powodów formalnych (by zaliczyć) lub towarzyskich (żeby się spotkać), ale zabraknie wówczas prawdziwego życia i autentycznego spotkania. Bez spotkania Eucharystia zatraca istotę. Przecież w spotkaniu streszcza się cała miłość poszukującego nas Boga. Z tego powodu – by spotkać zbłąkanego człowieka – pojawił się Jezus na ziemi. Z tego powodu poniósł śmierć i zmartwychwstał, by spotkać potomka Adama, który napiętnowany grzechem ucieka przed Bogiem, ukrywa, bo czuje się nagi, a przestraszony unika kontaktu. Poprzez Eucharystię Bóg szuka człowieka. I nie jest to tylko przenośnia.

Bo przecież, jak widziano w Palestynie Jezusa z Nazaretu, tak my oglądamy hostię czyli biały pozbawiony drożdży chleb. Jezus przemierzał Galileę i Judeę, a dziś noszone są Najświętsze postacie po ulicach polskich miast i wsi. Takie „wcieleniowe” patrzenie urealnia prawdziwą przecież obecność Boga w tej wybranej przez Niego zmaterializowanej formie. To jest zbawienny plan. Bez niego człowiek marnieje. Bez Bożej skuteczności, człowiek się zapada, gubi i ginie. 

Narodziny Jezusa to święto. Śpiewają aniołowie, stworzenie się unosi radością, przybiegają pokłonić się pasterze i nachylają z darami mędrcy. Może trzeba by przenieś te dobre zwyczaje na Eucharystyczne myślenie: każde przeistoczenie uznać za święto, wykrzykiwać z radości i spraszać wszystkich do miejsca objawiania się Boga. W maleńkiej, niepozornej cząsteczce Ciała. Tak, właśnie tego Ciała.

Zapytajmy siebie wprost: czy pozwalamy, by Jezus podzielił nas w naszych parafiach na siedemdziesięciodwuosobowe wspólnoty? Czy pozwalamy Mu rozsyłać nas w parach do miejsc, do których sam przyjść zamierza? Czy wychodzimy na ulice i pomiędzy gospodarstwa nakłaniając do wejścia na ucztę? Wielokrotnie my sami wymawiamy się, że mamy tak wiele obowiązków, że  trudno się ze wszystkim wyrobić i chętnie zajęlibyśmy się czymś „swoim”. 

Czy gdy Jezus mówi: „pójdź za Mną” idziemy za Eucharystią?

Dobre Wino
Katalina

Zachowawcza nadzieja

Według autorów książki „Granice w randkowaniu” zachowawcza nadzieja to „stan, w którym żywimy nadzieję na to, że sprawy jakoś się ułożą, i w ten sposób

Czytaj całość »